BÓG JĄ PROWADZIŁ… – Historia powołania misyjnego śp. s. Zofii

Historia mojego powołania misyjnego

Jestem służebniczką starowiejską. Do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej wstąpiłam w roku 1973, mając 19 lat. Moje misyjne powołanie zrodziło się w okresie junioratu, gdy byłam na placówce w Brzesku, gdzie pracowałam jako wychowawczyni przy dzieciach specjalnej troski w Domu Pomocy Społecznej. We wspólnocie, gdzie przebywałam, było nas 13 sióstr. Z tej wspólnoty wyjechało kilka sióstr do pracy na zagranicznych placówkach naszego Zgromadzenia, tj. do USA i RPA. Siostry te odwiedzały nas, gdy przyjeżdżały co kilka lat do Ojczyzny, dzieląc się z nami swoimi doświadczeniami, które były ich udziałem podczas pobytu za granicą. W pewnym okresie czasu pojawiło się we mnie pytanie, czy także ode mnie Bóg nie oczekuje tej wspaniałomyślności, ażeby pozostawić swoją Ojczyznę i wyjechać do pracy na zagranicznej placówce gdziekolwiek, gdzie On sam najbardziej mnie potrzebuje i czynić to, do czego Bóg będzie mnie każdego dnia zapraszał. Mimo, że czułam, że będzie to dla mnie duża ofiara, to byłam na nią zdecydowana.

Myślę, że to spodobało się Bogu.

Gdy nadarzyła się okazja, powiedziałam o tym, co czuję, naszej Matce Generalnej, którą była wówczas M. Agnieszka Szelęgiewicz. Matka powiedziała mi, że gdy będzie taka Wola Boża, to kiedyś wyjadę do pracy misyjnej. W niedługim czasie potem miałam taki sen, że razem z innymi siostrami zdawałyśmy pewien egzamin. Gdy była kolej na mnie, sam Pan Jezus zadał mi pytanie, które dotyczyło Jego obecności w Najśw. Sakramencie. Gdy odpowiedziałam na zadane pytanie, powiedział, że zdałam dobrze i że powinnam zgłosić się na misje na następny rok. Rano, gdy się obudziłam, zastanawiałam się nad tym snem. Powiedziałam Panu Jezusowi, że jeśli rzeczywiście jest taka Jego Wola, to niech mi ją objawi przez moich przełożonych, bo ja nie mogę opierać się  na śnie. Na drugi rok Matka Generalna zaproponowała mi wyjazd do USA. Byłam gotowa do wszelkiej dyspozycji. W Polsce był wówczas stan wojenny i ja ze względów politycznych nie otrzymałam wtedy paszportu. Nie było Woli Bożej, abym wyjechała do USA. Miałam wówczas 27 lat.

Po 12 latach poszukiwano w Zgromadzeniu pielęgniarki, która by pojechała do Kasisi w Zambii, do domu dziecka, by pracować wśród sierot. Ja właśnie, będąc w Zgromadzeniu, ukończyłam Międzyzakonne Studium Medyczne. Jako pielęgniarka pracowałam najpierw przy dzieciach specjalnej troski, a potem w szpitalu w Brzesku na Pulmonologii. To właśnie mnie zaproponowano teraz wyjazd do Kasisi. Gdy pojawiały się wątpliwości, czy Pan Bóg rzeczywiście tego ode mnie chce, zawsze otrzymywałam wyraźne światło, że taka jest Jego Wola. Pan Bóg dawał mi bardzo wyraźne znaki, że On tak chce.

20 maja 1994 r. dotarłam do Kasisi, gdzie przez 6 lat jako pielęgniarka opiekowałam się sierotami.

Przez 16 lat teraz służę chorym w misyjnym szpitalu w Katondwe (Zambia). Całym swoim życiem staram się świadczyć o miłości i dobroci Boga wśród tych, do których zostałam posłana.

s. Zofia Chrząstek

  BILET DO NIEBA…

Przy okazji spotkań misyjnych, w których siostra Zofia mówiła o swojej pracy, pytana o najważniejsze misyjne osiągnięcia, podkreślała liczne nawrócenia pacjentów, nawet tuż przed śmiercią. Mówiła, że modliła się zawsze za nich i starała się zachęcić, by pojednali się z Bogiem. Gdy to uczynili, była spokojna, że zostaną zbawieni. Najbardziej o to się troszczyła i zabiegała, bo przecież dusza jest najważniejsza i jej zbawienie, jak mówiła.

Poza pracą szpitalną szyła siostrom habity, gotowała i troszczyła się o wiele na zapleczu domowym. O sobie niewiele myślała, chciała być użyteczna i pomocna dla innych.

W tym roku po przylocie do Polski, s. Zofia jak zwykle przybyła do Starej Wsi. Przywiozła tym razem sporo własnoręcznie wykonanych prac, z myślą o stoisku misyjnym, kiedy będzie okazja zrobić kiermasz na rzecz misji. Uszyła spódniczki, poszewki na jaśki i torby z materiału zambijskiego. Kiedy miała na to czas? Oczywiście, kosztem swojego snu. Dawała je z radością w oczach i z zapałem, jaki towarzyszył również szyciu: pokazywała wszystkie, rozkładając je po kolei i cieszyła się, że się przydadzą. Pomyślała też o owocach baobabu, bo to nic nie kosztuje, o kartkach ręcznie malowanych przez ubogiego człowieka, który prosił, aby od niego kupiła. Najpierw nie chciała, bo miała inne załatwienia, ale gdy była w mieście kolejny raz i znów ją prosił, zlitowała się i kupiła, by mu dać zarobić na utrzymanie dzieci. Na początku urlopu nie odmówiła, gdy została poproszona o udział w Festiwalu Misyjnym „Bóg mnie kocha” w Zielonce, mimo, że nie miała łatwego dojazdu po podróży szlakiem bł. Edmunda, w którym uczestniczyła z siostrami jubilatkami z Zambii. Wybrała się też na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy – główny punkt jej urlopowego programu, z jakim przybyła do Polski.

Miała wiele intencji, które zabrała na tę pieszą pielgrzymkę. Od poprzedniego roku została mianowana przełożoną wspólnoty sióstr pracujących w szpitalu w Katondwe. Wiele ją kosztowało pełnienie tego dodatkowego obowiązku – bo jako oddziałowa i tak miała sporo pracy, oprócz ciążącej dużej odpowiedzialności. Chciała również wyprosić  nowe powołania do naszego zgromadzenia. Ta sprawa była dużą jej troską, o czym mówiła podczas pobytu w Polsce.

Siostra Zofia myślała o swoich podopiecznych nawet podczas urlopu. Przybyła z myślą, by zrobić coś dla prowadzonego przez szpital przedszkola, dla dzieci, bo nie mają wyposażenia wewnątrz i na podwórku, gdzie pełno dławiącego kurzu i piasku… Zachęcona, napisała projekt do „Ad Gentes” i został on pomyślnie rozpatrzony: tegoroczna edycja Konkursu „Mój szkolny kolega z Misji” jest dedykowana właśnie jako wsparcie tego projektu (jego realizację dokończy już ktoś inny)…

Odprawione rekolekcje w Dębowcu, w sanktuarium  Maryjnym i odbyta z wielkim trudem piesza pielgrzymka – były jej ostatnim przygotowaniem w drogę do wieczności… choć wtedy może jeszcze nie myślała, że będzie to tak szybko. Bilet powrotny do Afryki miała kupiony na 7 września… tymczasem po dotarciu do Częstochowy – już nie była w stanie iść na apel w dniu wejścia na Jasną Górę. Z trudem wróciła do domu rodzinnego. Już po drodze bardzo źle się czuła, gdyż nasiliła się choroba, o której jeszcze do końca nie wiedziała. Przed wyruszeniem na pielgrzymkę bolały ją nogi i plecy, ale po zabiegach i włożeniu dobrych butów, postanowiła jednak nie rezygnować, tylko dopełnić ofiary, jak miała w swych intencjach…

Już w szpitalu w Kolbuszowej powiedziała, że ona chciała tylko pielgrzymkę ofiarować Panu Jezusowi, a On dał jej okazję do jeszcze większej ofiary – chorobę. Była bardzo słaba, częściowo ograniczona w ruchach i nie mogła być samodzielna, co ją bardzo kosztowało. Miała zamiar prosić kapelana o sakrament chorych, ale on ją uprzedził i sam zaproponował, bo „siostry mu podpowiedziały”. Jakie siostry: zakonne, które ją odwiedzały, czy pielęgniarki? To pytanie ją nurtowało i zastanawiało, dlaczego tak powiedziały: czy będzie może już umierać? Coś pewnie w tym jest… Tak jakby nieco zdziwiona, zwierzyła się jednej z odwiedzających sióstr. Bilet siostry w Zambii przepisały na 4 grudnia, ale Bóg pomyślał o innym bilecie!…

Wiele osób się za nią modliło, o łaskę zdrowia, ale przychodziło coraz większe osłabienie, stan zdrowia się pogarszał. Nawet udana operacja uszkodzonego serca nie pomogła… Pan chciał ją najwidoczniej już zabrać… To uszkodzone serce – to jakby znak zranienia Bożą miłością… Gdy czuwająca przy niej siostra powiedziała: „siostro Zosiu, Pan Jezus Cię bardzo kocha i ty Go bardzo kochasz” – odparła słabym głosem: „chciałabym”…

Kiedy jeszcze był z siostrą kontakt, patrzyła promiennym wzrokiem, pełnym pokoju, łagodności i nawet radości. Nie narzekała, była bardzo cierpliwa, zgodzona ze wszystkim, co Bóg jej przygotował…

Teraz już nie ma żadnej wątpliwości ani innej możliwości, jak tylko pozostać w uścisku Miłości Odwiecznej, której się powierzyła, która ją doprowadziła do Domu Ojca w piątek, w dniu śmierci Chrystusa Pana… Jako misjonarka, pochowana w Tygodniu Misyjnym, na cmentarzu starowiejskim, obok innych sióstr, także misjonarek, niedaleko Domu Generalnego – kolebki jej powołania zakonnego. Jak sama napisała, była „gotowa na wszystko, do czego Pan ją powoła”, nie wyznaczała Mu ani miejsca, ani czasu, nie stawiała warunków, tylko „chciałaby Go kochać!”!…

  Słowo s. Mirosławy Góra z Katondwe:

Po raz pierwszy przyjechała do Szpitala Misyjnego w Katondwe 21.03.1997 r. z Sierocińca w Kasisi. Przebywała w Katondwe do 10.01 2000 r. skąd wróciła do Kasisi. Następnym razem przyjechała 31.12.2002 r..

W szpitalu pracowała jako pielęgniarka na różnych oddziałach. Wkrótce została oddziałową oddziału męskiego i odpowiedzialną za przygotowywanie grafiku pielęgniarek.

Dała się poznać jako bardzo oddana pacjentom i zawsze gotowa do dyżurów. Często musiała zastępować w pracy innych, gdy wypadła jakaś nagła sytuacja, wszyscy zwracali się do siostry Zofii (w zasadzie siostry Zosi, jak się przyjęło ją nazywać). Drugą umiejętnością było zakładanie kroplówek, a szczególnie u dzieci. Także szczególnie zaniedbani pacjenci byli przeważnie obsługiwani przez sr. Zosię. W stanach nagłych ochrzciła bardzo dużo dzieci, którym nadawała imiona: Maria, Jan i Józef. S. Zosia była bardzo lubiana przez personel, z którym miała dobry kontakt, wiele osób zwierzało się jej w różnych sprawach i prosiło o radę czy modlitwę. Pacjenci ufali s. Zosi i chętnie zwracali się do niej o pomoc. Przez wiele lat w czasie głosowania na najlepszą pielęgniarkę, czy najlepszego pracownika, s. Zosia była wybierana jako ta najlepsza.

Poza pracą zawodową s. Zosia zajmowała się szyciem, kuchnią i ogrodem. Uszyła dużo mundurków do przedszkola, habitów, sukienek. Miała dar wyczarowania czegoś z rzeczy podniszczonych czy o skomplikowanych wzorach. Ostatnio szyła specjalne rzeczy na afrykańskie prezenty czy animację misyjną. W kuchni była niezastąpiona, gotowała i piekła świetnie, przygotowała dużo różnych przetworów. Ogród w jej rękach obfitował w owoce i warzywa, a nie jest łatwo utrzymać taki w katondwianskich warunkach.

Opiekowała się biednymi, dla których miała matczyne serce. Szczególnie dziewczyna imieniem Bwalya, a teraz matka z synkiem Franciszkiem, ma rozdarte serce po stracie s. Zosi. Każdy potrzebujący był zauważony i doznał opieki.

Jako siostra zakonna była dla wszystkich przykładem połączenia pobożności z dziecięctwem Bożym i swoistą mądrością. S. Zosia była bardzo wrażliwa i przeżywała dogłębnie każdą niesprawiedliwość i grzech. Często było widać, jak wielki ból sprawiało jej czyjeś odstępstwo od Boga.

W grudniu 2014 r. została przełożoną szpitalnej wspólnoty sióstr w Katondwe. Było to jej pierwsze przełożeństwo,  więc i wiele trudów musiała pokonywać, aby dobrze wykonywać powierzone jej zadanie. Wkładała w ten obowiązek całe serce. Jako przełożona miała też na opiece przedszkole im. Bł. Edmunda. Miała nadzieję, że to przedszkole będzie mogła odnowić i zapewnić dzieciom lepsze warunki nauki I zabawy.

  7.06.2016 r. wyleciała z Zambii na urlop do Polski z wielkimi planami i nadziejami.   Zakończyła życie 21.10.2016 r. w Gdańsku, pochowana w Starej Wsi 25.10.2016r.  

Siostry Służebniczki NMP NP Starowiejskie